Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

Artcoaching – z czym to się je? – Aga Kozak

Na pytanie „Po co artystom coaching?”, można odpowiedzieć: „Po to, po co wszystkim innym”. Z tym że to nieprawda, bo współczesnym artystom, zwłaszcza polskim, przydaje się on bardziej niż owym „innym”.

Oczywiście, rozważania na ten temat można by zacząć od odpowiedzi na pytanie, czym w ogóle jest ten coaching? Doradztwem? Terapią? Kolejną formą hochsztaplerki, której celem jest wyłudzenie pieniędzy? Coaching w odróżnieniu od doradztwa nie ma gotowych rad czy odpowiedzi, ekspertem jest bowiem sam klient, który przy pomocy coacha, zadającego mu odpowiednie pytania, określa swoje cele i sposób ich realizowania. Coach asystuje więc klientowi w znalezieniu odpowiedzi na pytania o przyszłość – tym też coaching rożni się od terapii, która skupia się na przeszłości: w coachingu klient nie ma „rany” do zaleczenia, chce nauczyć się działać skuteczniej, zgodnie ze sobą i osiągać swoje cele w przyszłości. Czy to hochsztaplerka? Nie mnie o tym rozsądzać – z coachingiem jednak od lat zaznajomieni są Amerykanie i wielkie koncerny. Obowiązkowy coaching jest elementem szkoleń dla bezrobotnych w Berlinie. Są coache religijni, sekscoache, dlaczego więc nie miałoby być artcoachów?

Zwłaszcza że – powtórzmy – to klient jest w coachingu ekspertem od samego siebie. Od coacha nie wymaga się specjalizacji w dziedzinie, którą się zajmuje. Czasem wręcz jest to niepotrzebne, ponieważ w takim przypadku mógłby zacząć interpretować słowa klienta, doradzać mu, na co w coachingu nie ma miejsca. Czasem łatwiej jest coachowi słuchać aktywnie i wyłapywać najważniejsze informacje, kiedy zna się na temacie, a czasem, kiedy zupełnie nie wie, o co chodzi…Pewnie istnieje tyle opinii na ten temat, co coachów, warto jednak wiedzieć, że metoda, czy to zastosowana do pomocy biznesmenom, czy artystom, zawsze będzie taka sama.

Wróćmy więc do pytania, dlaczego lub do czego artyście potrzebny jest coaching. Tu podzielę się moją wiedzą i obserwacjami, które czyniłam przez lata, prowadząc coaching dla artystów,
urządzając warsztaty i ucząc specjalnego, ułożonego przeze mnie programu w Akademii Fotografii. Długi czas pracowałam jako „piarowiec” zajmujący się wydarzeniami kulturalnymi, między innymi w Fundacji Sztuk Wizualnych organizującej Miesiąc Fotografii w Krakowie, wtedy prowadzącej jeszcze Galerię ZPAFiS-ka. Studia coachowskie udało mi się skończyć w polskiej filii Erickson College z Vancouver, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Podobne studia można odbyć na przykład w warszawskim Collegium Civitas; a żeby je zrobić, nie trzeba mieć ukończonej psychologii – wystarczą dowolne studia wyższe i predyspozycje. Kiedy miałam już dyplom, pojechałam w podróż najpierw do Londynu, a potem do Pragi, gdzie na jednej z uczelni odwiedziłam profesorów zajmujących się fotografią. Mieli oni utalentowanego studenta, którego koniecznie chcieli zaprezentować kuratorom działającym na scenie międzynarodowej i miejscowym galerzystom, żeby zadbać o jego karierę. Chłopak przygotował świetne prace, ale gdy przyszedł moment, w którym miał o nich opowiedzieć, jedynym, co umiał wykrztusić, było to, że powstały nad morzem. W ten sposób częściowo zmarnował swoją szansę na nawiązanie kontaktu z ekspertami. Przypomniałam sobie wtedy, że w Londynie czy Nowym Jorku często chciałam, żeby artysta – autor zazwyczaj średnich prac – przestał już o nich mówić, chwalić się, opowiadać o kontekstach i głębi swojej „sztuki”. Zdałam sobie sprawę też z tego, że większość artystów i fotografów, z którymi miałam do czynienia w Polsce, również nie potrafiłaby odpowiedzieć na pytania kuratorów, na przykład, jak widzą swoją karierę za parę lat… Wpadłam wtedy na pomysł, żeby zacząć pracować z artystami, najpierw pomagając im osiągnąć osobiste cele, a potem popracować nad autoprezentacją – nad tym, żeby potrafili mówić o swych dążeniach, o sobie i swojej pracy. Ale przyszło mi też do głowy, że większość zachodnich uczelni – tych artystycznych, jak i innych – wymaga od swoich absolwentów perspektywicznego myślenia, budowania kariery, zbierania doświadczeń i kontaktów. Wschodnioeuropejskie uczelnie, a także duża część tak zwanego środowiska artystycznego nadal uważają absolwenta kierunku artystycznego za artystę w tradycyjnym, wręcz romantycznym znaczeniu: osobę tworzącą w natchnieniu i skupioną na rzeczach „nie z tego świata”. Gdzie więc jest tu miejsce na myślenie o karierze, celach, motywacji, o dbaniu o wizerunek, a nawet – na konsekwencję…?

Niestety, takie postrzeganie artystów wpływa mocno na to, jak dbają oni o siebie i swoje interesy. Tak, interesy. Bo artyści też muszą z czegoś żyć i mają swoje interesy, ba, nawet imperia. Oglądałam ostatnio film o fotograficzce architektury Candidzie Höfer i dokument o Ai Wewei: obydwoje mają sztab ludzi pracujących dla nich i za nich, małe przedsiębiorstwa – pewnie marzenie wielu polskich artystów… Tymczasem w kraju, w którym finansowanie kultury, mówiąc kolokwialnie, leży, w którym systemy
galeryjne – zwłaszcza jeśli chodzi o fotografię – nie działają, w którym prawie nie ma kolekcjonerów, czyli niemal nikogo, kto zadbałby – jak na przykład w Ameryce – o interesy artystów, tym bardziej należy przyjrzeć się swojej ścieżce i swojemu rozwojowi. Co sprawi, że będę usatysfakcjonowana ze swojej pracy? Co powinnam (powinienem) zrobić, żeby osiągnąć ten stan? Co
lub kto może mi w tym pomóc? Gdzie to powinnam (powinienem) zrobić?

Może się to wydać głupie, ale miałam do czynienia z wieloma artystami, którzy byli jak z dowcipu o facecie, który modli się co dzień od lat o to, żeby wygrać na loterii, i któregoś dnia Bóg zstępuje do niego i zdenerwowany krzyczy „Daj mi szansę spełnić twoje marzenie! Kup los!”. Marzy im się międzynarodowy splendor, nagrody w konkursach, wyróżnienia, stypendia, sponsorzy – ale nigdy nie zrobili nic, żeby się do tego przybliżyć. Czy jest tak dlatego, że „na studiach nie uczyli”, czy dlatego, że pokutuje mit artysty, który ma być odkrywany, wielbiony i który nie wie, co to ciężka praca – nie jestem w stanie powiedzieć. Kiedy rozmawiałam o tym z kuratorką z Centrum Pompidou czy amerykańskimi kolegami, w odniesieniu do artystów słowa „kariera”, „ścieżka zawodowa”, „postawił sobie za cel” padały non stop i były czymś oczywistym. W Polsce to wszystko łączy się z merkantylnym wymiarem sztuki i dlatego traktowane jest z rezerwą, tak jakby cena odzierała dzieło sztuki z wartości, a jego autora z godności… Nawet jeśli przesadzam, to tylko trochę. Młode pokolenia rozumieją już te potrzeby – co prawda, myślą bardziej o autoreklamie niż pracy nad sobą, jednak widać tu wyraźny postęp. Idealnie byłoby oczywiście, gdyby uczelnie – ASP, prywatne artystyczne etc. – dostrzegły potrzebę coachowania swoich studentów. W ramach takich zajęć mogłyby się odbywać spotkania nie tylko na temat dochodzenia do własnych celów czy ćwiczenia z autoprezentacji, lecz także ważna dyskusja o tym, jak na przykład przygotować świetne portfolio, czyli CV artysty.

Wracając jednak do samego coachingu – co może on poprawić? Dzięki pracy z coachem możemy znaleźć choćby sposób na rutynę w pracy – i to całkowicie indywidualny. Kiedy najlepiej i najefektywniej nam się pracuje? Kiedy odnajdujemy swój „flow” – czyli stan największej mocy? Kiedy na pewno nie powinniśmy pracować? Można też dotrzeć do rzeczy najważniejszych – jak choćby powodu, dla którego tworzymy, dzięki któremu możemy znaleźć też motywację do dalszej pracy. O celach już wspominaliśmy. A o planach? Brzmi zbyt biznesowo? To przypomnę tylko, że najdroższe sprzedane na świecie dzieło sztuki osiągnęło cenę 119,9 miliona dolarów…